Patrząc na pierwsze fragmenty z rozgrywki, zarys fabularny czy samą obsadę osób, które podkładały głos postaciom – można było łatwo w to uwierzyć. I przyznaję, że także zaliczam się do tego grona, bo wystarczyło, że usłyszałem próbkę głosu Mirosława Zbrojewicza, abym pełen nadziei wyczekiwał każdej informacji prasowej o Land of War: The Beginning, nadesłanej podobnie jak klucz do recenzji przez agencję Better Gaming Agency, za co bardzo dziękuję. 




Jednak w momencie, w którym chciałem zakupić produkcję to niestety, ale zaczęły się schody. Nie dość, że gra miała problemy prawne z powodu chęci zachowania wierności historycznej nie tylko w aspekcie faktów, ale także i funkcjonującej wówczas symboliki, to w dniu właściwej premiery pojawił się kolejny. Tym razem był on związany z udostępnieniem produkcji graczom o konkretnej godzinie. Nietrudno jest wyobrazić sobie, jakie wówczas zapanowały nastroje.

Ostatecznie wszystko szczęśliwie się skończyło i od 10 czerwca można grać w Land of War: The Beginning, lecz czy jest to tytuł wart tylu zjedzonych nerwów i niemal 100 polskich złotych? Już na starcie mogę wam oświadczyć, że nie, ale zacznijmy od początku.



Za Polskę, czyli fabuła Land of War: The Beginning

Akcja Land of War: The Beginning rozgrywa się w pierwszych dwóch tygodniach II wojny światowej, które obserwujemy z perspektywy żołnierza Wojska Polskiego, Piotra Kowalskiego. Sama warstwa fabularna nie jest szczególnie rozbudowana, nie mamy żadnego antagonisty, po prostu jesteśmy wrzucani do kolejnych wydarzeń. Doskonale pokazuje to pierwsza misja, w której najpierw musimy wybić kilku Niemców, następnie postrzelać do nich z CKM-a, by na końcu zestrzelić kilka samolotów z działka przeciwlotniczego.

Co więcej, mimo tego, iż Land of War: The Beginning stara się być grą historyczną ani Piotr Kowalski, ani jego towarzysze z oddziału nie są żadnymi autentycznymi postaciami, więc mimo usilnych prób twórców podczas rozgrywki nie czuć ciążącej na nas wielkiej presji. Streszczając to do jednego zdania — historia w Land of War: The Beginning jest nudna i bezcelowa.


Raz pod wozem, raz na wozie, czyli rozgrywka

Niemal od pierwszej zapowiedzi było wiadomo, że Land of War: The Beginning jest swoistym hołdem dla starych odsłon Call of Duty czy Medal of Honor. Chociaż fabuła stara się zrobić coś innego, tak rozgrywka to tradycyjny, czysty miszmasz. Całość jest zamknięta w pięciu rozdziałach, których ukończenie powinno zająć wprawionym graczom maksymalnie 3 godziny.

W tym czasie będziemy nie tylko strzelać do nazistów z różnego rodzaju broni, ale będziemy musieli, m.in. niszczyć czołgi zasiadając za sterami pociągu pancernego, wykraść dane wywiadowcze czy też uwolnić pojmanych kolegów z oddziału. Początkowo wydają się to ciekawe urozmaicenia, które mają balansować dynamikę i utrzymać uwagę gracza, lecz już w pierwszym momencie, w którym gra dała mi nieco większą swobodę, całe pozytywne wrażenie zostało zniszczone.

Otóż wystarczyło, że po wyznaczeniu zadania pobiegłem przed siebie i zacząłem strzelać do przeciwników, by okazało się, że ich sztuczna inteligencja praktycznie nie istnieje, ale i skrypt odpowiadający za ich reakcję aktywuje się, dopiero gdy stanie się w wyznaczonym miejscu lub zaczeka, aż grupa dobiegnie do wyznaczonego miejsca jako pierwsza.

Niestety, takich niewidzialnych ścian deweloperzy postawili przed graczem niemal na każdym kroku. Szkoda tylko, że nie chronią one przed kulami, bo chociaż wrogowie tracą zainteresowanie nami, gdy się schowamy za jakimś murkiem, to ostatnie dwie kule zdążą dotrzeć i zadać obrażenia.




W grze mamy dwa poziomy trudności, które w praktyce niewiele się od siebie różnią, bo finalnie przeciwnicy i tak otwierają ogień, gdy nas zobaczą, ale na szczęście na tym ich inwencja twórcza się kończy. Na domiar złego za każdym razem strzelają perfekcyjnie niczym pluton egzekucyjny, podczas gdy my musimy oddać kilka strzałów (nawet w głowę), zanim będziemy mogli odetchnąć z ulgą. A nie jest to łatwe także dlatego, iż większość broni ma tak duży odrzut, że albo nie trafimy za pierwszym razem, albo nie będziemy dobrze widzieć, w co właściwie strzelamy.

Dlatego, mimo iż Land of War: The Beginning nie stawia większego wyzwania w naturalny sposób, stara się nam uprzykrzyć życie w niezbyt sprawiedliwy sposób, tylko po to, by sztucznie wydłużyć czas. Ponadto gra nie posiada ręcznego zapisu, tylko w konkretnych punktach kontrolnych, więc jeśli naszej postaci uda się zginąć, to trzeba będzie nadrabiać kilka minut misji.

A jeżeli poniesiecie śmierć już na początku zadania, to gra będzie kazała wam śledzić od nowa słuchać wprowadzających dialogów, których nie da się pominąć. Co więcej, w momencie zgonu nawet wcześniej odkryte znajdźki nie zostaną zaliczone. Dlatego rozgrywka w Land of War: The Beginning bardzo szybko staję się frustrująca i męcząca.

Oprawa audiowizualna i optymalizacja

O ile w gameplayu da się znaleźć jakieś umiarkowanie pozytywne aspekty, o tyle pod kątem technicznym debiut studia MS Games leży i kwiczy. Bez względu na to, jakie wybierzecie presety, oprawa graficzna w Land of War: The Beginning prezentuje się dość tanio, a mimo to gra potrafi stabilne 60 klatek tylko średnich oraz niskich ustawieniach, na których recenzowana produkcja naprawdę wygląda jak produkt z 2004 r.

Nieco lepiej wypada kwestia lokalizacji, ale mimo angażu Jacka Rozenka i Mirosława Zbrojewicza i tak daleko jej do chociażby Battlefielda Bad Company 2. Już w pierwszej scenie zauważyłem, że intonacja wypowiedzi jest tak bardzo nierówna, że często miałem wrażenie, iż Piotrowi Kowalskiemu użyczyło głosu kilku aktorów.

Jednak największym problemem są dialogi. Są one tak drętwe i sztuczne, że byłem wdzięczny twórcom za to, iż maksymalny poziom głośności muzyki jest w stanie je zagłuszyć. Co więcej, wypowiadane kwestie nijak nie pasują do ruchu ust, bo lipsync jest taki, jak w tytułach z początku XXI wieku, czyli bardzo umowny. Podobnie wygląda sytuacja z innymi animacjami, np. poruszaniem się naszych towarzyszy, którzy suną po ziemi, zamiast chodzić.

Podsumowanie

Land of War: The Beginning to bardzo średnia próba stworzenia drugowojennego FPSa osadzonego w Polsce, której niewiele brakuje, by zasłużyła na miano kiepskiej. Gdyby produkcja studia MS Games była wyceniona na 50 złotych, to mógłbym ją wam polecić.

Tak jednak się nie stało, a deweloperzy dodatkowo żądają większej sumy za dostęp do broni, które w normalnych warunkach powinny zostać odblokowane wraz z postępem w grze. Dlatego uważam, że zarówno w cenie 100 złotych, jak i niższej, znajdziecie wiele lepszych tytułów, które zasługują na waszą uwagę.

Moja ocena 5/10